CICHOCIEMNY CIEŃ

Wszystko, co żyje, miało kiedyś swój początek, miejsce i cel swego powstania, może czasem nie wiadomo kiedy i gdzie, ale zawsze miało jakąś przyczynę. Najgorzej jednak jest ze smokami, gdyż, jak wszystkim dobrze wiadomo, są to bardzo skryte i dziwne stworzenia, poza tym to rzadko spotykane istoty, kochające wolność i swobodę. SelimI taki sam był stary smok o dziwnie brzmiącym imieniu Nald. Nikt nie wiedział, skąd pochodził, kim był i co robił - był to jeden z najdziwniejszych smoków, gdyż prawie całe swoje życie przespał z małymi tylko wyjątkami, musiał bowiem czasem coś zjeść oraz zmienić miejsce pobytu. W ten właśnie sposób spędził on całe swoje dotychczasowe życie. Była to jednak bardzo długa część czasu, ponieważ Nald był już bardzo starym smokiem, można powiedzieć staruszkiem, który nadal wyglądał na zdrowego, dobrze odżywionego i silnego smoka. Jego błękitno-białe łuski nadal lśniły oślepiającym blaskiem, a jego siła przewyższała siłę i umiejętności wielu dzielnych wojowników, lecz cóż w tym dziwnego, skoro rozmiarami i doświadczeniem życiowym przewyższał wiele istot tamtego świata. Siłą swych skrzydeł potrafił zdmuchnąć niejednego jeźdźca, a nawet wyrwać drzewo z korzeniami. Jednakże nie używał swej siły, gdyż wolał przebywać w odosobnieniu, gdzie zamierzał przeżyć jeszcze wiele wspaniałych chwil.

Ja również miałem swój początek, cel swego istnienia nadany mi przez kogoś. Powstałem z oddechu złego demona, miałem być jego potomkiem i pogromca wszystkiego dobra na świecie. Narodziłem się w mglista noc, w najkrótszym dniu w 11 roku Magii. Była to najciemniejsza noc, jaką można sobie wyobrazić. SelimWszystkie dobre istoty w ten dzień siedziały w ciepłych, przytulnych jasno oświetlonych chatkach. Nie wiedząc że tego właśnie dnia powstaje największe zło, o jakim nie są w stanie nawet pomyśleć.

Podmokle bagna, smród panujący dokoła, zwabiał to, co najgorsze, wszystkie demony, cienie, maszkary i inne paskudztwa - oto miejsce, które wybrał okrutny demon na miejsce, gdzie miałem powstać. Dookoła panowało przenikliwe zimno i ciemność okalała całą okolicę, strach ogarniał najdzielniejszego śmiałka, który odważył się udać w te strony; było to równie odległe, jak i niedostępne miejsce, do którego zapuszczały się jedynie potwory i potężne wyprawy, wojujące z duchami i kreaturami. To odludne i złowieszcze miejsce miało pomóc stać się mi potworem bez uczuć i ograniczeń względem mordowania jakichkolwiek istot.

Od dzieciństwa uczony byłem mordowania z zimna krwią niewinne istnienia wszelkiego rodzaju. Jako młody demon nie przestawałem zabijać - co chwile jakiś opiekun przyprowadzał zamęczona i osłabiona malutka istotę, by wpoić mi, iż nic nie powinno istnieć, nic nie powinno być żywe - wmawiano mi, że to, co jest żywe, a nie jest z ciemnej strony świata, jest złe i należy to wyeliminować, w ten właśnie sposób spędziłem dzieciństwo - pozbawiając życia maleńkie Pixi i dzieci gnomów. Z czasem, gdy nabrałem umiejętności i podrosłem - co w tamtych warunkach było bardzo trudne, gdyż nie posiadałem jeszcze żadnej formy ani ciała - byłem jedynie czymś, demonem, cieniem - postać cielesną miąłem zyskać dopiero ostatniej nocy 9 roku życia. Wtedy to otrzymam ciało, które pozwoli mi przedostać się do świata istot żywych, by zabijać je i maltretować. Do tego czasu jakby nie istniałem, nie jadłem, nie piłem, nic nie pragnąłem prócz czynienia zła, które czyniło mnie silniejszym. Wyglądałem wtedy naprawdę przerażająco i chociaż mnie prawie nie było, to każdy mnie mógł zobaczyć. Spoglądając na mnie, widać było postać bladą, niczym wieczorna mgła na podmokłych bagnach. Sylwetką przypominałem dorosłego człowieka, jednakże nie miałem z nim nic wspólnego poza pozornym podobieństwem. Coś przypominającego długie siwe włosy opadało na szerokie dobrze umięśnione ramiona. Spod potarganych i śmierdzących błotem i krwią szmat widać było rozwinięte mięśnie.

SelimWychowywały mnie wszelkiego rodzaju maszkary i cienie wpajające samo zło, myślano bowiem, że pomoże to mi stać taki jak mój stwórca - zły, krwiożerczy, żądny zagłady i zniszczenia świata, pan ciemnych sił - Atyd. Uczyłem się wojennej sztuki wytrwale nabierając siły i wiedzy z tej dziedziny od największych rycerzy. Byli to kiedyś najwięksi wodzowie, walczący po jasnej stronie, walczyli oni ze złem - z mym stwórca, jednakże polegli w walce i ulegli potężnej sile tego, z którym walczyli, by mu teraz służyć. Atyd przeistoczył ich w demony i cienie, a teraz uczą mnie razem z nim i innymi jego sługami tego, w czym byli dawniej niezrównani.

Ucząc się wszystkiego, co potrafią widma rycerzy, wspierany siła Atyda doczekałem dnia, w którym miałem otrzymać długo oczekiwane ciało. Był to najważniejszy dzień w moim życiu, miałem się stać w końcu tym, na co czekały wszystkie złe istoty - pogromca dobra. Cały rytuał polegał na tym, że miałem przejąć ciało starego i potężnego smoka - Nalda i odrodzić się w nim jak feniks. Miało się to stać dokładnie w chwili, kiedy ciemność ma szansę wyjść z ukrycia - przez kilka minut po rozpoczęciu nowego roku - jest to czas, gdy dobro nie panuje nad światem oddając go w ten sposób ciemnościom i złu, aby była zachowana równowaga. Zaufany i równie potężny jak Atyd - nekromanta miął przejąć kontrole nad ciałem owego stworzenia i przenieść mą dusze w opanowane wcześniej ciało.

SelimNiestety nikt nie wiedział o tym, co wiedziała młoda, piękna i potężna druida - Visenna, która spodziewała się prędzej czy później mego powstania. Przewidziała ona tę chwile bardzo dokładnie i na malutka chwilkę, na nieuchwytna cześć czasu - w chwili, kiedy miało powstać nowe zło - posłała po całym świecie iskierkę światła, która dotarła w każdy zakamarek, w każda szparę i szczelinę, w wyłom skalny, zagłębienie nawet przepaść i jaskinie, ratując w ten sposób świat przed powstaniem największego zła. Zaszczepiła w ten sposób we mnie iskierkę człowieczeństwa - iskrę uczucia, którym będę mógł kogoś kiedyś obdarzyć, które przełamie otulający mnie pancerz zła i przeprowadzi mnie na jasna drogę w chwili otrzymania ciała.

Tak więc owej nocy, gdy dokonywał wspomniany rytuał, nekromanta Ahag wraz z Atydem rozpoczęli przygotowania - dookoła nich, przed głęboką i ciemną jaskinią na bagnie w Cieniach Chaosu, zebrało się mnóstwo zjaw, duchów, topielców, paskudztw i podziemnych stworów, chcących zobaczyć nowego sprzymierzeńca. Gęstniejąca mgła potęgowała nastrój grozy i doprowadzała do trwogi nawet mnie. Nekromanta wykrzykiwał coraz to głośniej zaklęcia, przyzywając coraz to więcej potworów - wraz z tymi zaklęciami zmieniała się coraz to bardziej atmosfera, powietrze zaczęło gęstnieć, zaczęło się robić duszno i gorąco, a jednocześnie wszystkich zaczął przenikać strach i obawa, czy całe to przedsięwzięcie się uda. SelimByły to bowiem tak skomplikowane czary i zaklęcia, że nawet dla bardzo wprawnego nekromanty, byłoby problemem wymówienie wszystkiego w odpowiedni sposób, kolejności i z odpowiednia intonacja. Nagle zapanowała cisza, wszystko umilkło, nawet wiatr nie wiał, nie było też słychać wszędobylskich rojów komarów. Podczas tej ciszy zapanowało zwątpienie, gdyż wszyscy myśleli, że się nie udało - to jednak nie było to - Ahag w tej właśnie chwili zapanował nad umysłem smoka, było to dla niego tak wyczerpujące, że musiał chwile odetchnąć. Nie spodziewał się bowiem, że to stworzenie może być tak odporne mentalnie. Ponownie słychać zaklęcia - to już nie był krzyk, tak jak poprzednio, teraz już dużo spokojniej gestykulował rękami, wypowiadając dziwne słowa. W końcu się udało. Nekromanta przywołał Starego smoka poprzez otwarty wcześniej portal - zgromadzone dookoła demony rzuciły się na niego, by wyssać z niego cała życiowa energie, lecz Atyd uniósł kostur do góry, wypowiedział zaklęcie i w jednej chwili wszystkie poczwary znalazły się w pewnej odległości od przywołanego stworzenia, po czym obydwaj jednocześnie uderzyli kosturami o ziemię, ogłuszając w ten sposób smoka. W tym samym czasie Nekromanta z tak ogłuszonego osobnika porwał duszę, czyniąc z niej swego sługę - nie sprawiło mu to żadnych większych problemów, choć dwie poprzednie czynności znacząco go osłabiły, pozbawiając prawie całej energii magicznej. Następnie swym mrocznym i nieprzeniknionym spojrzeniem obydwaj przenieśli mnie w ciało nieszczęśnika.

W pierwszej chwili poczułem ogromny ból, którego wcześniej nie znalem, próbowałem krzyknąć, lecz nie mogłem, nie potrafiłem - nie panowałem nad ciąłem - czułem ciarki na ciele, wszystko mnie piekło swędziało i ograniczało moja dotychczasową swobodę - ocknąłem się, wściekły i niepewny, co się ze mną stało, mój umysł zdawał się jeszcze nie pogodzić z nową sytuacją. Prawdę mówiąc, przez bardzo długą chwilę nie byłem wstanie się ruszyć, ani nawet drgnąć. Wszystko, nad czym panowałem, to były oczy, które biegały po wszystkim szukając czegokolwiek, co wyda się mi znajome, bezskutecznie - jedynymi rzeczami, które przetaczały się przez mój umysł to było: zabijać i spać. Dopiero teraz zrozumiałem, że to jednak były tylko wyuczone wcześniej odruchy. Leżąc tak i nie panując nad ciałem, widziałem, jak dwie największe postacie popadły w hibernację, były bowiem bez energii magicznej, którą zużyli na cały rytuał. Wiedzieli bowiem, że upłynie długa chwila, zanim ja odzyskam przytomność. Nie mylili się, trwało to nawet dłużej, niż sądzili.

Ocknąłem się, zionąłem płomieniami dokoła, powalając co wrażliwsze postacie - nadal nie posiadałem pełnej kontroli nad ciałem, a może to właśnie ten moment, może przeszedłem na jasna stronę - sam już nie wiem - było to zbyt nowe i dziwne uczucie, że bardzo ciężko powiedzieć coś na ten temat, a poza tym zbyt wiele się wtedy działo, żeby nawet osobnik o zdrowym umyśle wiedział, co się wtedy działo. Byłem wściekły, okaleczony i zdezorientowany. Słyszałem jedynie krzyki tych, którzy płonęli, widziałem spustoszenie jakie czyniłem - było to przerażające. Wszystko, co próbowało uciekać, ginęło albo od płomieni, które buchały z mego smoczego pyska lub od ran zadanych przeze mnie. Spora liczba zjaw poległa też od mojego smoczego ogona, którym miotałem jak biczem, tnąc gęstą mgłę i jednocześnie zadając obrażenia tym, którzy się w tamtym miejscu znaleźli. Wiele kreatur i topielców było tak zdezorientowanych jak ja, tyle tylko że one nie wiedziały, co robić, a ja odruchowo mordowałem posiadając tak potężną broń, jaką jest ciało.

W końcu, gdy większa cześć widowni poległa i nie musiałem się oganiać od komarów i innych paskudztw, spojrzałem na tych, którym zawdzięczałem nową postać - Atyd popatrzył mi w oczy i zrozumiał - NIE JESTEM PO JEGO STRONIE - zorientował się - on już wiedział, że przeszedłem na jasna stronę, zrozumiał to, czego się najbardziej obawiał, domyślił się, że ktoś mi zaszczepił dobro, nie rozumiał tylko, dlaczego nie ujawniło się to wcześniej. Próbował jeszcze przejąć kontrole nade mną - było za późno - zbyt potężny byłem, jego ratunkiem była jedynie ucieczka, wiedział bowiem, że ten stary smok, w którego ciele się odrodziłem, był kiedyś dobry, ale liczył, że lata, które spędziłem w ciemności, przezwyciężą smocza siłę wolności. Uciekł, wykrzykując w moim kierunku groźby, że jeszcze mnie odzyska - że powrócę na ciemna ścieżkę i że będę u jego boku walczył. Natomiast nekromanta był tak zdezorientowany, jak ja na początku, walczył tak długo, jak miał się jeszcze kim zasłaniać - dopóki miałem jeszcze z kim walczyć, próbował przejąć nade mną kontrolę (był znacznie potężniejszy, niż pokazywał, niż podczas nauki zemną) używał tych swoich czarów i zaklęć i nic nie działało, wszystko rozbijało się o mnie, jak woda o skalisty brzeg. Widząc, że magia jest nieskuteczna w walce zemną, postanowił wypuścić duszę poprzedniego właściciela ciała, które ja otrzymałem. Zrobił to w chwili, gdy ginął ostatni cień, gdy ja już nie miałem przeciwników i mogłem mu śmiało wytrącić tę fiolkę z ręki. Nie zrobiłem tego powstrzymany jakąś dziwna siłą, czyżby to ciało zbuntowało się i odmówiło posłuszeństwa, nie wiem. Nekromanta otwierając fiolkę wykrzykiwał znowu jakieś niezrozumiałe dla mnie zaklęcia - biedaczek nawet nie zauważył, jak skończyła się mu magiczna energia i w tym właśnie momencie dusza smoka uleciała ku wolności. Załamany i bez szans w walce uciekł, zdążył mi jednak zniszczyć smocze oblicze, rzucając we mnie swym powyginanym granatowoczarnym, ostro zakończonym z obydwu końców kosturem. Tak właśnie zakończył się pierwszy dzień mojego nowego, odmienionego życia.

Otrząsnąwszy się po walce, błąkałem się długi okres czasu po Cieniach Chaosu, pałając złością do wszystkiego co tam się znajduje, co nieżywe, do tego, co znalem do tej pory. Zdarzało mi się spotkać jeszcze na swej drodze różne istoty, które niestety mordowałem i się nimi pożywiałem. Wędrówka moja trwała bardzo długo, sam już nawet nie mam pojęcia ile, ale wiem, że zabłądziłem wielokrotnie i kilkakrotnie nawet wpadłem do bagna, z którego wypływała dziwna substancja. To ona, między innymi, sprawiła, że zacząłem tracić smocza sylwetkę i stałem się pół-smokiem. Powoli jednak doszedłem do siebie i zorientowałem się, że zawędrowałem w dziwne miejsce, był to święty gaj. Zobaczyłem tam stworzenia, które wcześniej mordowałem z zimna krwią, a teraz zobaczyłem je z innej strony - były piękne, zdrowe, dotychczas widziałem je jedynie zmaltretowane i słabe często bez którejś z kończyn, a teraz zdrowe, piękne, szczęśliwe, najedzone, a przede wszystkim WOLNE. Przerażałem się na sama myśl, że dawniej mordowałem te stworzonka. Spotkałem tam tez druidów, którzy się mną zaopiekowali i wyleczyli moje rany, to oni nadali mi imię: Selim - Zrodzony we mgle. SelimOni właśnie mnie uczłowieczyli i dzięki ich potężnym czarom przybrałem końcowa postać półsmok - półczłowiek. Nauczyli także kochać przyrodę i właściwie traktować inne dobre istoty - nie mogli mi tylko wykorzenić chęci do zabijania demonów. Na koniec odesłali do miasta, bym znalazł sobie tam zajęcie i zaczął pomagać ludziom. Początkowo było to bardzo trudne, gdyż ze względu na moje pochodzenie i wygląd - nie byłem zbyt urodziwy - wszyscy byli nieufni wobec mnie, jednak stopniowo się przyzwyczaili do mnie, poznali, a niektórzy nawet zaprzyjaźnili. Pewnego dnia zacząłem odczuwać jakiś cień na plecach, tak jakby mnie ktoś szpiegował, lecz kiedy się oglądałem, to nikogo nie było. Nie wiedziałem, że jestem śledzony przez jednego złodzieja - teraz już wiem ,kto to był - ale wtedy napędził mi wiele strachu, nie znalem do tej pory nikogo takiego i nie wiedziałem, jak z nimi walczyć. Walka okazała się jednak niepotrzebna, byłem bowiem sprawdzany przez wysłannika klanu ASH'k'ENTE. Widzieli oni we mnie przyszłego kompana w walce z potworami. Po jakimś czasie, gdy uznali, że jestem godzien wstąpić w ich progi, zaczepił mnie jeden z ich walecznych rycerzy. Był to Bonharrt - jego droga życiowa również była ciężka, lecz całkowicie inna niż moja, jednakże równie drastyczna, jak moja, a może nawet bardziej. Zaoferował mi przyłączenie się do nich, gdyż wodzowie klanu stwierdzili, że jestem nadającą się istotą, mogącą wiele zdziałać w grupie.

I tak znalazłem swe miejsce w tym szlachetnym klanie. Oni są teraz mą rodzina i pomagają mi w walce ze złem. Właśnie dzięki nim dożyłem tej chwili, by spocząć na moment u skryby, który wytrwale zanotował mą opowieść.

Selim

I nie pytaj, co będzie dalej... bo:
"Odpowie Ci wiatr... wiejący przez świat..."

(c) by Bob Dylan

 

 

zamknij
Darmowy hosting zapewnia PRV.pl : elfface, misjaifp, esklep2, trolek, nfusion
Dziel sie multimediami na Patrz.pl